Uchodźcy i imigranci: prognoza dla Polski i Unii Europejskiej

Napisał: sobota, Czerwiec 11, 2016 0 , , Link 0

Poniższy tekst jest raportem przygotowanym przez Polskie Stowarzyszenie Prointegracyjne – EUROPA na I Kongres Forum Postępu, który odbył się 4 czerwca 2016 r. Forum Postępu jest strukturą współtworzonej przez 12 centrolewicowych think-tanków.

Wstęp

Migracje to zjawisko wieloaspektowe i znane odkąd sięga pamięć historyczna ludzkiej cywilizacji. Choć obecnie nie ma precyzyjnych danych, jaka jest obecna skala tego zjawiska, to można szacować, że obejmuje ono nie mniej niż 244 mln imigrantów międzynarodowych, w tym w Europie ok. 76 mln[1],  czyli ludzi poszukujących poza granicami swojego stałego miejsca zamieszkania, bezpiecznego schronienia, pracy czy opieki socjalnej. I choć stanowi to jedynie nieco ponad 3 procent populacji globu, to liczba ta podwoiła się w okresie ostatnich 30 lat.

Z przedstawionej poniżej analizy wynika, że napływ imigrantów zarobkowych z kierunków dominujących w ramach obecnego kryzysu (z Syrii i Azji Środkowej przez Turcję do Grecji oraz z Afryki Północnej i Subsaharyjskiej przez Libię do Włoch) w ogóle nie jest – nie będzie – problemem Polski: z jednej strony nasz rynek pracy w przewidywalnej perspektywie nie będzie potrzebował pracowników o charakterystyce pracowniczej odpowiadającej osobom przemieszczającym się w tych strumieniach, z drugiej – Polska nie jest atrakcyjnym celem z punktu widzenia tych osób.

Pozwalałoby to na odpowiedzialną zmianę stanowiska Polski w ramach procesu decyzyjnego w tej sprawie w Unii Europejskiej. Moglibyśmy zadeklarować przyjęcie na obszar RP tylu uchodźców (nie: imigrantów ekonomicznych), dla ilu jesteśmy w stanie rzeczywiście stworzyć godziwe warunki pobytu. Wiadomo, że w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i później do Polski przybyło ok. 90 tysięcy osób narodowości czeczeńskiej (w latach 2003-2008 od 5 do 8,5 tys. osób rocznie, w 2013 – 12,3 tys.). Oczywiście podjęcie takiej polityki wymagałoby sprawności służb państwa odpowiedzialnych za zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom.

Według wyspecjalizowanej agencji UNHCR na całym świecie jest około 13 mln uchodźców. Ich obecność w  UE szacowana jest obecnie na  ok. 3 mln. Liczba ta  ulega jednak ciągłemu zwiększaniu ze względu na skutki krwawej wojny domowej w Somali oraz trwającej wojny w Syrii, z której do tej pory uciekło już ponad 4, 2 mln mieszkańców, czyli ok. 20% ludności. Niemały i ważny z naszego punktu widzenia jest także udział  osób dotkniętych  skutkami wojny na Ukrainie. Od początku tego konfliktu wojennego ponad 1 milion ludności opuściło swoje domy, ok. 559 tysięcy zostało przesiedlonych, 200 tysięcy uzyskało status uchodźcy lub tymczasowy azyl w Rosji, a dodatkowe kilkaset tysięcy to tzw. wahadłowi migranci, których konflikt  wypchnął na zarobkowanie w Polsce i innych krajach.

Utrzymywanie na dłuższą metę w praktyce homogenicznego etnicznie charakteru społeczeństwa  w Polsce może zacząć ciążyć, prowadzić do utrwalenia już odnotowywanych negatywnych zachowań społecznych. Dla swoistej „higieny” i stymulacji rozwoju utrwalenie się w naturalny sposób kilkuprocentowej obecności  osób  z zewnątrz  cechujących się inną narodowością, religią i kulturą wydaje się być raczej większą szansą niż realnym zagrożeniem dla spoistości kulturowej społeczeństwa i naszych związków z UE.

Kryzys uchodźczy ma poważne konsekwencje dla Unii Europejskiej. Zmiana stanowiska RP umocniłaby pozycję Polski w Unii.

 

  1. Migracje a rynek pracy: nowy początek czy koniec świata?

(J. Paweł Gieorgica i Ewa Kakiet-Springer)

Migracje i demografia a bogactwo narodów

Pozytywny scenariusz rozwoju sytuacji związanej z nową falą światowej migracji, a zwłaszcza  masowego exodusu migrantów z krajów arabskich, państw Azji i Afryki do Europy, budowany jest na optymistycznym założeniu możliwości przeciwdziałania  licznym zagrożeniom, które z tym się wiążą oraz wyciągnięcia własnych korzyści ekonomicznych – zwłaszcza odwrócenia z pomocą napływających uchodźców i imigrantów negatywnych trendów gospodarczych, wynikających ze zmian struktury społecznej, i wzmocnienia słabnącej konkurencyjności międzynarodowej gospodarek krajów unijnych. Projekcje szacunkowe UNFPA na rok 2025 pokazują, że spadek populacji, w krajach tzw. starej Europy dotknie najbardziej Włochy, gdzie populacja zmniejszy się o prawie 5,2% (2, 9 miliona) oraz Niemcy 2,2% (1,8 mln). Negatywny trend demograficzny wieszczony jest państwom naszego regionu.  Szacuje się, że w ciągu następnych 10 lat najbardziej dotknięte negatywnym trendem demograficznym będą: Bułgaria (-10,1%), a następnie Węgry (-5,1%), Rumunia (-4,0%), Czechy (-3,0%) oraz Polska (-2,1%); w liczbach bezwzględnych liderami w rankingu ubytku ludności będą Rumunia (850 tys.) i Polska (780 tys.).

W krajach  naszego obszaru pomimo statystycznie dużego wzrostu PKB per capita zwłaszcza  w ostatniej dekadzie dystans, jaki pozostaje do odrobienia w stosunku do średniej całej UE  jest nadal ogromny. Dla przykładu prognozy MFW na rok 2020 dla Republiki Czeskiej, która pod względem liczby ludności jest porównywalna z Belgią, zakładają wzrost PKB Belgii do poziomu 47, 039 (US$), ale dla Czech tylko na poziomie 19,554. Podobnie ma się sprawa w przypadku Polski, która pod względem populacji jest porównywalna z Hiszpanią. PKB założony dla Hiszpanii wynosi 32,514, a dla Polski 17,480. Startujące w minionej dekadzie, z co najmniej o połowę wyższego pułapu rozwojowego bogatsze państwa UE odnotowały podobne do Polski (wartościowo) wzrosty, ale dokonywały się one inną drogą jakościową, właściwą dla gospodarek typu innowacyjnego, i to na dodatek w warunkach ostrego kryzysu finansowego krajów strefy euro. Czy z tej analizy  można  jednak wyciągnąć wniosek o pilnej konieczności wzrostu naszego kapitału demograficznego np. poprzez dopuszczenie większej ilości migrantów zagranicznych na polski rynek pracy?

Czynniki determinujące przyszłość

Ujemny wskaźnik przyrostu naturalnego to jednak tylko jeden z elementów trudnej układanki możliwych czynników determinujących efekty przewidywanej przyszłości, nie tylko gospodarczej. Dochodzą tu jeszcze inne parametry: szybkie starzenie się społeczeństw; wydłużenie średniej życia i związane z tym, rosnące lawinowo, koszty opieki społecznej i medycznej; koszty ustawicznego dostosowywania, dokształcania, doszkalania i przekwalifikowywania siły roboczej na potrzeby coraz bardziej dynamicznie zmieniającego sie rynku pracy oraz koszty szarej strefy i przeciwdziałania strukturalnemu bezrobociu. Te zjawiska już obecnie powodują widoczne perturbacje w systemie gospodarki wielu „migracyjnych krajów UE”. W dłuższej perspektywie nadejdą bardzo trudne czasy dla krajów o niskim poziomie PKB i strukturze ekonomii charakterystycznej dla „poddostawców” krajów bogatych, w tym dla Polski, w przypadku których skutki negatywnych trendów demograficznych wystąpią trochę później, ale będą miały dużo większe natężenie.

Zjawisko „srebrnych ekonomii”, czyli starzenia się społeczeństw bogatego zachodu i północy jest i będzie coraz większym wyzwaniem dla rynków pracy krajów rozwiniętych, zarówno zrzeszonych w Unii Europejskiej, jak i dla krajów OECD.  Jednakże hipoteza sugerująca, że problem ubytków i braku siły roboczej (a tym samym  spowolnienia rozwoju gospodarki) może być rozwiązany za pomocą prostych rezerw, czyli  zatrudnienia nowych imigrantów, jest daleko idącym uproszczeniem. Trzeba tu także wziąć pod uwagę oddziaływanie jeszcze kilku innych, znaczących czynników:

Po pierwsze, utrzymujący się wysoki poziom bezrobocia, niskiego uczestnictwa w rynku pracy młodzieży, osób starszych oraz rezydujących w kraju imigrantów wskazuje na ogólną słabość i brak  dynamiki rynku pracy;

Po drugie, wydłużająca się średnia życia i przesunięcie wieku emerytalnego powodować będzie, że starsi pracownicy pozostawać będą  dłużej na rynku pracy;

Po trzecie, należy uwzględnić stale wzrastający poziom wydajności pracy uwarunkowany różnymi czynnikami dziś nawet nieprzewidywalnymi. Prognozy ekonomiczne na lata 2030+ wskazują, że wzrost gospodarczy będzie praktycznie w całości wynikiem wzrostu produkcyjności, a nie wzrostu zatrudnienia;

Po czwarte, największe  znaczenie mieć będzie najprawdopodobniej postępująca robotyzacja
i automatyzacja pracy. Według badań amerykańskich w ciągu następnych 20 lat, na skutek tzw. bezrobocia technologicznego, z rynku pracy USA zniknie około 47% miejsc pracy klasyfikowanych łącznie, jako zawody tzw. „białego kołnierzyka”, a w Polsce wg. obliczeń naszych ekspertów ponad 36% obecnych uczestników rynku pracy pozostaje zagrożone automatyzacją;

Po piąte, przestarzały system edukacyjny, który nie nadąża za zmianami technologicznymi produkuje siłę roboczą, która nie dysponuje kwalifikacjami dostosowanymi do potrzeb rynku pracy, co  przyczynia się do pogłębiania  zjawiska strukturalnego i technologicznego bezrobocia,

Po szóste, doraźne i długofalowe koszty finansowe, społeczne zarządzania masową migracją w sposób humanitarny oraz doraźne i długofalowe koszty przysposobienia migrantów do funkcjonowania na rynku pracy, a także  trudne do oszacowania koszty asymilacji społeczno-kulturowej.

W ciągu ostatniej dekady w krajach UE udział nowych imigrantów w szybko rozwijających się zawodach w takich dziedzinach, jak nauka, technologia, inżynieria, medycyna czy edukacja wyniósł 15% (dla porównania taki udział imigrantów w USA wynosił 22%).  W tym samym czasie udział imigrantów w tzw. „zanikających” zawodach  stanowił 28% w UE i 24% w USA. Według Europejskiego Centrum Monitorowania Rozwoju Szkolnictwa Zawodowego (CEDEFOP),  w okresie ostatnich 10 lat na rynku pracy w UE zachodziło zjawisko „nadpodaży” pracowników o niskim poziomie umiejętności zawodowych, podczas gdy brakowało pracowników o średnim i wysokim poziomie umiejętności. Według pracodawców, niezależnie od rezerw siły roboczej istniejących na rynku pracy, czterdzieści procent firm w UE miało trudności w znalezieniu pracowników o odpowiednich kwalifikacjach.

W latach 2012-15, około 1,9 miliona tzw. „permanentnych” migrantów przybyło do państw „starej Europy” (około 50% stanowili przybysze z innych krajów UE). Od  2014 roku UE stanęła przez nowym wyzwaniem  imigrantów z zewnątrz. W tym roku o udzielenie azylu w UE ubiegało się 600 tysięcy osób. W przypadku 55% wniosków  podjęto  decyzję negatywną, ale  praktycznie nikt z osiadłych już w Europie nielegalnych imigrantów nie został deportowany. W ciągu 2015 roku, po tym jak Angela Merkel zaprosiła uchodźców do Europy, złożono (oficjalnie) 1.255.640 wniosków o udzielenie azylu, ale wielu nielegalnych imigrantów dostało się do Europy bez żadnej kontroli, bez rejestracji. Najwięcej wniosków o azyl zarejestrowano w Niemczech (441.800), następnie na Węgrzech (174.400), Szwecji (156.100 ), Austrii (85.500), Włoszech (83.200) i Francji (70.600 ). Od początku  2016 roku, Europę zalewa kolejna, wielka fala imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Wyzwania rynków pracy

Polska do niedawna stanowiła praktycznie jednorodny etnicznie rynek pracy. Nawet dla doświadczonych państw „starej Europy” (a co dopiero dla takich „greenhorns” jak Polska) zupełnie nowe wyzwanie stanowi odmienna kulturowo, społecznie, religijnie i ekonomicznie ogromna rzesza imigrantów i uchodźców z krajów arabskich, oraz innych krajów muzułmańskich Azji i Afryki, która od roku 2014 w sposób niekontrolowany napływa do UE.

Przez niektórych obecny kryzys migracyjny w Europie postrzegany jest jako początek nadciągającej nieuchronnie apokalipsy, prowadzącej do ostatecznego rozpadu UE pod wpływem najazdu obcej cywilizacji.  W drugim scenariuszu, masowy napływ uchodźców i imigrantów  jest to szansa na odmłodzenie, usprawnienie już obecnie multikulturowej Europy i zbudowanie  zdolnej do podjęcia konkurencji wspólnoty gospodarczej opartej na prężnych ekonomiach
i dynamicznych rynkach pracy przodujących państw. Przytaczane są argumenty, że w ostatnich dekadach europejski rynek pracy faktycznie mógł rozwinąć się, a rozwój gospodarczy miał miejsce, właśnie w związku z napływem migrantów. To dzięki nim doszło do wzrostu zatrudnienia w całej Europie, ogółem aż o 70% , w tym 14% wzrost kategorii pracowników najwyżej wykwalifikowanych, do których zaliczane są zawody związane ze służbą zdrowia i zaliczane do tzw. grupy STEM (większy wzrost w tej grupie miał miejsce tylko w Kanadzie – 31% i w USA – 21%). W tym samym czasie, imigranci przyczynili się do zmiany struktury, spadku zatrudnienia o 24% w wielu wykonywanych profesjach, zwłaszcza w rzemiośle oraz zawodach pokrewnych, jak: operatorzy maszyn i monterzy. We wszystkich tych opuszczanych miejscach imigranci wypełniali luki na rynku pracy poprzez podejmowanie zajęć uznanych przez pracowników miejscowych za nieatrakcyjne, niskopłatne czy pozbawione perspektyw zawodowych.

Największymi zwolennikami kontynuacji takiego scenariusza są Niemcy i kanclerz Angela Merkel. Pomimo zawirowań w „polityce multikulti” czy w gospodarce światowej, niemiecka gospodarka pozostaje mocna, ma  dobre wyniki eksportu i niskie bezrobocie.  Niemcy, gdzie  mieszka już  najwięcej  cudzoziemców w Europie  (7,2 mln, co stanowi 8,9 proc. ogółu ludności),  chcą zatem wykorzystać obecną sytuację: swoją silną  pozycję w UE oraz nową falę napływu imigrantów, aby poprzez nadwyżkę siły roboczej w okresie najbliższych 20 lat zapewnić  możliwości rozwoju bardziej zróżnicowanej, produktywnej gospodarki,  dostosować  ją  do nieuchronnych zmian technologicznych i przeciwdziałać negatywnym trendom demograficznym. W takiej sytuacji główny nacisk  położony ma być na prowadzenie skutecznej polityki integracyjnej, bo to będzie miało kluczowe znaczenie dla poprawy wyników ekonomicznych oraz zapewnienie większej spójności społecznej. Związane z tym  będzie m.in. zwiększenie  wydatków na zawodowe szkolenia azylantów, nabywanie przez nich umiejętności językowych, pobudzanie aktywnych programów zatrudnienia; przez to  zapewniony zostanie szybszy dostęp nowych pracowników do rynku pracy, co zapewne  skłoni  ich do pozostania i lepszej adaptacji.

Podczas gdy w Polsce trwa spór o to czy nowy masowy napływ imigrantów jest początkiem czy końcem świata i trwają dyskusje nad tym, kto jest uchodźcą, a kto jedynie „imigrantem zarobkowym”, imigracja  do Europy ciągle utrzymuje się na wysokim poziomie.[3]  Obozy imigranckie pękają w szwach, w niektórych krajach widać już także pierwsze symptomy załamywania się społecznych systemów pomocy społecznej i bezpieczeństwa publicznego, a to wywołuje z kolei problemy ze zbilansowaniem budżetów. Okazuje się, że niezależnie od oczywistości zapotrzebowania rynków pracy na nowych, młodych pracowników proces wchłonięcia imigrantów przez rynek europejski, a zwłaszcza ich integracja społeczna nie będzie prosta i nie dokona się samoistnie. Będzie to proces trudny politycznie, dynamiczny i słabo poddający się kontroli.

Kim są nowi przybysze? Według oficjalnych danych niemieckich za pierwsze półrocze 2015, są to raczej młodzi (18-35 lat) mężczyźni (60-75%, zależnie od źródła). Główne kraje, z których pochodzą to: Syria (23,3%); Kosowo (17,9%); Albania (13,6%); Serbia (6,3%); Irak (5,2%), Afganistan (5,0%) i in.  Niemiecki Federalny Instytut Badania Rynku Pracy (IAB) zakłada, w oparciu o poprzednie doświadczenia imigracyjne, że około 13% migrantów może posiadać wyższe wykształcenie, ale ponad 50% może nie posiadać nawet podstawowych umiejętności zawodowych. Obecnie nie ma jeszcze żadnej udokumentowanej wiedzy pozwalającej analizować czy posiadane przez nich umiejętności zawodowe odpowiadają w jakikolwiek sposób na potrzeby rynków państw UE.

Niektóre kraje UE i OECD podjęły starania, aby usprawnić swoje systemy rozpoznawania i tzw. „pomostowego” porównywania wiedzy i umiejętności. Najlepiej przygotowani do tego są Niemcy, którzy posiadają gotowe narzędzie w postaci ustawy z 1 kwietnia 2012, o poprawie systemu weryfikacji i uznawania zagranicznych kwalifikacji zawodowych obejmującą klasyfikację 350 zawodów.  Osoby, których kwalifikacje zawodowe są uznane przynajmniej częściowo, jako spełniające standardy zostają objęte tzw. „pomostem kwalifikacyjnym” w ramach, którego mogą uzupełnić swoje kwalifikacje bez konieczności rozpoczynania nauki od początku.

Struktura bezrobocia w Polsce a imigracja zatrudnienia

W Polsce, choć bezrobocie rejestrowane w  urzędach ulega stopniowemu zmniejszeniu, to należy stale przypominać, że bez pracy pozostaje aż 1.652,7 tys. osób (luty 2016r.), czyli ok. 10% w stosunku do ludności aktywnej zawodowo. Równie istotnym faktem jest to, że struktura bezrobocia ulega pogorszeniu, a na przyrosty PKB ma większy wpływ napływ kapitału zagranicznego oraz wykorzystywanie prostych rezerw tkwiących w poprawie wydajności pracy niż wzrosty ilościowe zatrudnienia. Obecna polityka kolejnego rządu POPiS wydaje się podążać w tym samym kierunku. Zwraca na przykład uwagę, że kierunek prowadzonej polityki nakierowany  jest na wzmacnianie rodziny autorytarnej, osłabianie  pozycji kobiety, którą zasiłki z programu 500+ mają skłaniać do rodzenia dzieci i wycofywania się z rynku pracy. Zasiłku tego zostały pozbawione kobiety samotnie wychowujące dzieci, zachęcane teraz do „ustabilizowania swojej sytuacji rodzinnej”.

Dane statystyczne dotyczące kluczowych parametrów struktury bezrobocia w Polsce to najgorsze wyniki wśród krajów OECD, a także pięciu państw aspirujących do tej organizacji.

Proces rozwoju gospodarki w Polsce charakteryzuje się tym, że od 1989 r. kolejne rządy usiłują realizować wielką misję narodową, czyli wykonać taki „skok cywilizacyjny”, który pozwoliłby naszej wspólnocie stać się nowoczesnym państwem, przy zachowaniu tożsamości narodowej i podmiotowości międzynarodowej państwa. To oznacza m.in. przyzwolenie na wejście na polski rynek pracy bliskich nam kulturowo Ukraińców czy Białorusinów, ale brak społecznej zgody dla przyjazdu islamskich przybyszów z Azji czy Afryki.  Pełne wejście w struktury członkowskie UE (2004 r.) dało wielki impuls do przyspieszenia rozwoju gospodarczego i modernizacji państwa. Pojawiła się szansa skrócenia dystansu do najbardziej rozwiniętych krajów „Starej Europy”. Jednak nasz model rozwoju ciągle jeszcze w niczym nie przypomina modelu rozwojowego tych państw, zainteresowanych w pozyskaniu coraz to nowych zasobów siły roboczej. Wynika to z przede wszystkim z różnicy poziomu rozwojowego i cywilizacyjnego, ale także z odmienności struktury gospodarki oraz cech kulturowych społeczeństw. Główny punkt odniesienia dla śledzenia tempa odrabiania naszego zacofania stanowić musi jednak nie średnia UE, lecz ukształtowane i stabilne przez wieki europejskie centrum rozwojowe. Tworzy je kilka państw leżących  na obszarze tzw. europejskiego banana (zwane też grupą Pentagon), które obejmują ok. 14% powierzchni UE, ok. 32% europejskiej populacji, wytwarzają ok. 46% PKB oraz – co najważniejsze – które przeznaczają na badania i rozwój ok. 75% całości nakładów inwestycyjnych wszystkich krajów UE.  Jeśli chcieć odnieść do tego centrum UE obecną pozycję gospodarczą Polski, to mieścimy się na obszarze 3. lub 4. peryferii.

Polska w okresie minionych dwóch dekad ścisłych związków z UE, za cenę pełnego otwarcia rynku dla konkurencyjnego kapitału zagranicznego i podporządkowanie się gospodarczej strategii rozwojowej UE, uzyskała rekompensatę pomocową, m.in. w postaci funduszy unijnych, które obecnie pozostają pewnego rodzaju zobowiązaniem Polski do solidarności z krajami UE przeżywającymi okres różnego rodzaju kryzysów, w tym: wzmożonego napływu uchodźców i imigrantów.

Polska  pozostała po rządach sprawowanych przez PO gospodarką poddostawcy produkcji i usług, tzn. opiera się na atutach nie tyle konkurencyjności i innowacyjności, co pojemnego rynku i nadwyżki taniej siły roboczej. Choć w porównaniu do innych państw, Polska pod wieloma względami może być zaliczana do liderów wśród najszybciej rozwijających się państw poszerzonej UE, to w okresie minionej dekady naszego członkostwa w UE nie osiągnięto ani zakładanych celów konkurencyjności gospodarki, ani większości celów strategicznych związanych z przebudową zacofanej struktury gospodarki. Oczekiwania związane z innowacyjnością czy bardziej inwestycyjnym niż konsumpcyjnym wykorzystywaniem środków pomocowych nie spełniają się, co oznacza, że Polska mimo początkowo dużej dynamiki wzrostu może w nadchodzących 20 latach raczej tracić dystans do centrum rozwojowego, niż niwelować go w dotychczasowym tempie. Mają na to wpływ nie tylko skromne nakłady na badania, innowacje czy naukę, ale także unowocześnienie rynku pracy.  Przykładowo: wyniki badania na temat przyszłości mechanizacji zawodów, czyli zastąpienia miejsc pracy przez komputery i  maszyny w  Europie, dowodzą, że szczególnie zagrożeni są pracownicy wykonujący powtarzalne, mało kreatywne prace, a także kierowcy i ochroniarze. W przypadku Polski, udział zatrudnionych w zawodach podatnych na automatyzację kształtuje się na poziomie 36% rynku pracy, natomiast w  zawodach uważanych za relatywnie bezpiecznie pracuje obecnie tylko niespełna 28% zatrudnionych. Porównując rezultat Polski z pozostałymi krajami UE, nasz kraj jawi się, jako szczególnie zagrożony potencjalnymi problemami, związanymi z  występowaniem bezrobocia technologicznego.[4]

Polska, przy dosyć stabilnym zapotrzebowaniu ok. 550 tys. nowych pracowników rocznie, niemal niepostrzeżenie stała się już zasadniczym miejscem zarobkowania dla selektywnej grupy migrantów wywodzących zza naszej wschodniej granicy.

„Polscy” imigranci

Oficjalnie w Polsce wydano tylko ok. 65 tys. pozwoleń na pracę dla cudzoziemców (2015). Jednak dziesięciokrotnie większe znaczenie ma inna statystyka: pulsującego zatrudniania „wahadłowych imigrantów”[5]. Od kilku lat kontynuowany jest lawinowy wzrost zatrudnienia cudzoziemców w Polsce w zakresie podejmowania przez nich pracy bez pozwolenia, na podstawie  oświadczenia podmiotu o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi, które umożliwia podjęcie legalnie pracy  przez 6 miesięcy w roku. W 2014 wydano takich oświadczeń 373 tys.,  w 2015 roku – 782 tys., a w I kwartale 2016 r.  odnotowano kolejny wzrost o ponad 50% w stosunku do ub. roku. Jeśli przyjąć  dodatkowo, że wysokość  ukrytego zatrudnienia cudzoziemców w szarej strefie kształtuje się w granicach 15-30%, to w sumie oznacza to, że obecnie w Polsce prawdopodobnie przekroczona została liczba 1 mln cudzoziemskich pracowników. Decydujące znaczenie w tej statystyce  ma  udział pracowników z Ukrainy i to zarówno jeśli chodzi o liczbę oficjalnie wydanych zezwoleń, jak i zarejestrowanych oświadczeń (na koniec 2015 r. to odpowiednio ok. 77% i niecałe 98%)[6].

Problemy zatrudnienia na polskim rynku pracy w nadchodzącej perspektywie dotyczyć będą przede wszystkim deficytu fachowców, na przybycie których nie ma co liczyć, ponieważ docelowym miejscem dla zdecydowanej większości obecnej fali migrantów z wyższymi kwalifikacjami zawodowymi są będące w potrzebie bogate kraje Europy zachodniej oferujące wysokie wynagrodzenie i opiekę socjalną.  Polska pozostaje dla nich krajem tranzytowym. W tym przypadku, o ile założyć, że Polsce w wyniku ustaleń w UE przypaść może maksymalnie obowiązek przyjęcia 150 tys. uchodźców to najprawdopodobniej nie pozostanie ich więcej na stałe niż  muzułmańskich obywateli Rosji narodowości czeczeńskiej , tj. ok. 10%. Jeśli przyjąć , że zjawisko przepływu przez Polskę pracowników cudzoziemskich dotyczyć będzie niebawem  również obywateli Ukrainy to skala pracujących cudzoziemców nie wydaję się porażającym zagrożeniem dla polskiego rynku pracy. Realne zagrożenia dotyczyć mogą  bardziej ich adaptacji kulturowej w katolickiej Polsce.

Zanim zdecydujemy się na jeszcze szersze otwarcie naszego rynku pracy na imigrantów to najpierw nasz obecny system edukacyjny musi być poddany solidnej modyfikacji. I Polska tu właśnie powinna zacząć poszukiwać własnej drogi rozwoju. Dla naszej edukacji zawodowej i modernizacji rynku pracy pierwszoplanowym wyzwaniem jest obecnie przede wszystkim ograniczenie liczby absolwentów przygotowywanych do  pracy w zawodach „zagrożonych” i  jednoczesne zwiększanie liczby uczniów przysposobionych do wykonywania zawodów „bezpiecznych” w perspektywie następnych 20 lat, pamiętając o tym, że zawody bezpieczne już nigdy i nigdzie  nie będą gwarantować pracy na całe życie.

 

2. Czy imigracja zagraża tożsamości narodowej?

(Paweł Wójcik)

Polska oraz ziemie polskie niezależnie od istnienia państwowości, do połowy ubiegłego wieku była krajem wielonarodowym. Jeszcze w czasie spisu powszechnego w 1931 roku Polacy stanowili 68,9% mieszkańców kraju, Ukraińcy 14%, Żydzi 7,8%, Białorusini 3,9%a Niemcy 3,8%.

II Wojna Światowa, zmiana granic oraz wymuszony lub dobrowolny ruch przesiedleńczy spowodował, że od 1945 roku Polska jest praktycznie krajem jednolitym narodowościowo. Według spisu ludności przeprowadzonego w 2002 roku, gdy każdy mógł zadeklarować dowolną narodowość, 96,77% osób wskazało jako narodowość polską. 2% badanych nie potrafiło lub nie chciało wskazać narodowości. Na pozostałe 1,23% składa się 25 zadeklarowanych narodowości.

Analogiczna jest sytuacja pod względem religii determinującej tradycje kulturowe, w jakich ukształtowały się pokolenia. Nie narażając się na popełnienie znaczącego błędu można powiedzieć, że niemal wszyscy mieszkańcy Polski wychowali się w kulturze chrześcijańskiej. Nie chodzi o to, czy są wierzący, czy praktykujący. Chodzi o system filozoficzny, mentalny oraz wrażliwość przez pokolenia ukształtowany przez różne kościoły chrześcijańskie z dominacją kościoła rzymsko-katolickiego.

Odnosząc się do kierunków, z jakich potencjalnie można się spodziewać napływu obcokrajowców (siły roboczej), to dominują kraje chrześcijańskie ze znaczącym udziałem kultury wyrosłej na bazie chrześcijaństwa obrządku wschodniego: Ukraina, Białoruś Rosja. Niewielkie różnice w tradycjach kulturowych oraz pewna wspólnota historyczna i etniczna sprawiają, że nie należy spodziewać się istotnych problemów asymilacyjnych tej największej potencjalnie grupie imigrantów zarobkowych.

Na korzyść poprawnych relacji wpływa też relatywnie nieduża odległość pomiędzy miejscem pracy a miejscem zamieszkania. Większość migrantów zarobkowych z tego kierunku rzadziej niż inni decydują się na osadnictwo stałe w Polsce, z czym wiąże się konieczność sprowadzenia rodzin. Natomiast relatywnie często mamy w tej grupie do czynienia z małżeństwami mieszanymi.

Względnie duża w Polsce jest liczba pracujących obywateli Chin i Wietnamu. W 2015 roku uzyskali oni 3 tys. zezwoleń na pracę obcokrajowców. Kultura narodów Dalekiego Wschodu ukształtowana została przez wieki w duchu Konfucjanizmu. Doświadczenia wielu krajów jak i dotychczasowe polskie wskazują na praktycznie brak konfliktów pomiędzy skupiskami migrantów azjatyckich a społecznościami lokalnymi. Migranci z Dalekiego Wschodu zachowują silne więzi grupowe kultywując tradycje kulturowe i religijne. Jednocześnie unikają potencjalnych sporów z lokalną ludnością. Dość silna separacja pociąga za sobą również niewielką liczbę mieszanych związków małżeńskich . Ale separacja ta nie dotyczy w zasadzie dzieci rodzin chińskich i wietnamskich, które bez problemu chodzą do przedszkoli (często prowadzonych przez siostry zakonne) i szkół nawiązując pozytywne kontakty z polskimi rówieśnikami co sugerować może ich późniejszą łatwą integrację.

Tymczasem w fali migrantów i uchodźców napływającej do Europy z południa zdecydowanie dominują muzułmanie – stanowią ponad 90% tej grupy. Dotychczasowe doświadczenia ze społecznością islamską osiadłą w państwach Zachodniej Europy, budzą obawy czy wręcz nawet lęk, wobec nagłego napływu znaczącej liczby osób, których psychika i mentalność ukształtowane zostały przez islam. Obawy te są wykorzystywane a nawet podsycane przez ośrodki nacjonalistyczne i antyunijne dla realizowania swoich celów politycznych.

Polska zachowując swoją integralność kulturową, etniczną i wyznaniową wydaje się być jeszcze dzisiaj mało podatna na komplikacje i konflikty, które stały się udziałem Belgii, Francji, Wielkiej Brytanii czy Szwecji. Do niedawna w Polsce żyło ok. 2000 muzułmanów – potomków Tatarów osiedlonych na Podlasiu i w pełni spolonizowanych. Nigdy nie stanowili oni problemu ani religijnego ani społecznego. Wiele ich pokoleń służyło Polsce i wsławiło się bohaterstwem. Wielu całkowicie się zasymilowało, porzuciło wiarę ojców a można ich poznać jedynie po zachowanych nazwiskach.

Obok nich w latach 90. wyrosła grupa 60-90 tys. muzułmanów będących uchodźcami z Czeczenii oraz nieokreślona liczba konwertytów – a głównie konwertytek, Polek, które wyszły za mąż za muzułmanów. Można powiedzieć, że na przestrzeni ledwie 10 lat liczba wyznawców islamu w Polsce wzrosła ok. 50 razy i stała się trzecią co do liczebności grupą wyznaniową po katolikach i prawosławnych (ok. 0,5 mln), na równi z protestantami i świadkami Jehowy. Przy czym w przeciwieństwie do dwóch ostatnich grup liczba muzułmanów wzrasta.

Niezależnie od tej dynamiki i tak w dalszym ciągu osób wyrosłych w kulturze islamu lub przyjmujących islam „z dobrodziejstwem inwentarza” jest w Polsce zaledwie 0,25% i przyjęcie kolejnych 7 czy 10 tysięcy niewiele w tej sprawie zmieni.

W cywilizacji zachodniej wiara jest indywidualną sprawą każdego człowieka. Przynajmniej nominalnie państwa wyrosłe w kulturze europejskiej są oddzielone od religii. W jednych rozdział ten jest wręcz ostentacyjny, jak we Francji, w innych religia ma raczej znaczenie jako element kolorytu i tradycji obrzędowej (Włochy, Hiszpania).

Islam – poza funkcją religii – jest także systemem prawnym i politycznym, który na bazie swoich wyznawców buduje, czy też raczej chce budować swoje własne państwo. Muzułmanie, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, w Polsce, w Belgii, czy w Anglii, nie odnoszą się w lojalny sposób do struktur państw, w których żyją, ponieważ stworzone są ręką człowieka, a nie boga. Poza tym tworzą odrębną, sobie tylko dostępną społeczność muzułmańską na świecie, która nazywa się Umma. Wręcz nie odczuwają potrzeby identyfikacji z państwem, w którym bardzo często się urodzili, którego obywatelstwo posiadają, a jak się radykalizują, to stanowią dla tego państwa zagrożenie.

Kościoły i ośrodki kultu religijnego w sposób naturalny stają się ośrodkami integracji środowisk imigranckich. Jednocześnie w przypadku islamu stają się ośrodkami, których głównym zadaniem jest działalność misyjna. Zdecydowana większość meczetów na świecie, zwłaszcza poza krajami muzułmańskimi, budowana jest ze środków Arabii Saudyjskiej i Kataru. Oba te państwa delegują do nich swoich imamów najczęściej nie znających ani języka ani kultury i zwyczajów kraju do którego jedzie na misję.

Po pierwsze – meczet nie jest kościołem w naszym rozumieniu. Meczetem jest każde miejsce modlitwy muzułmanina. Może to być pokój w domu, może to być ulica. Wszędzie tam, gdzie rozłoży modlitewny dywan. To, co potocznie nazywa się meczetem jest miejscem zbiorowych modlitw, ale przede wszystkim miejscem wymiany myśli, edukacji religijnej, konsultacji. W pewnym sensie jest to ośrodek kultury religijnej. Meczet – w przeciwieństwie do kościoła katolickiego – nie jest wyświęcany.

Po drugie –  podobna sytuacja dotyczy imamów. W islamie nie ma pojęcia “sakrament” nie ma też duchownych w naszym rozumieniu. Nikt nie jest “wyświęcany” na imama. Imamem może być każdy, kto zna Koran i potrafi przewodniczyć modlitwie w języku arabskim (aby uniknąć problemów interpretacji przy tłumaczeniach i ponieważ Bóg podyktował Koran w języku arabskim, to w tym języku odbywa się czytanie Koranu).

Polska ma obowiązek – nie tylko prawny, ale i moralny – przyjąć na swój teren uchodźców. Ich liczba powinna zależeć od międzynarodowych uzgodnień. Ważne jest, aby uchodźcy ci spełniali warunki wynikające z Konwencji Genewskiej, ich tożsamość była pewna i potwierdzona, a także by wśród nich na teren Polski nie przemyciły się osoby mające związki z terroryzmem.

Inaczej rzecz przedstawia się z migrantami. Polska może prowadzić własna politykę imigracyjną. Nie powinna przyjmować na swoje terytorium osób o niepewnej i niepotwierdzonej tożsamości.

Byłoby dobrze, gdyby osoby ubiegające się o status uchodźcy w czasie trwania postępowania w tej sprawie przechodziły nie tylko kurs języka polskiego pozwalający im na porozumiewanie się, przynajmniej w zakresie podstawowym, w sprawach życia codziennego, ale również kurs organizacji państwa i systemu prawnego (tak, aby były w stanie w miarę swobodnie żyć w Polsce nie wchodząc w konflikty z prawem) oraz kurs zasad współżycia społecznego i relacji międzyludzkich obowiązujących w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem różnic kulturowych i tradycji pomiędzy Polską a krajami pochodzenia.

Nie ma potrzeby – nawet w przypadku napływu większej liczby uchodźców z krajów muzułmańskich – aby Polska wyrażała zgodę na budowę ze środków krajów arabskich, zwłaszcza tych, gdzie panuje wahabizm – najbardziej ortodoksyjna forma islamu – ośrodków meczetów. Nie ma też żadnej potrzeby, aby z krajów tych sprowadzać imamów, zwłaszcza nie znających ani języka polskiego, ani naszych tradycji i prawa. Można – za przykładem Austrii – kształcić imamów w Polsce w oparciu i korzystając z wydziałów arabistyki uczelni polskich.

 

3. Migracje a zagrożenia bezpieczeństwa państwa

(Krzysztof Karolczak)

Bezpieczeństwo państwa jako całości, oraz jego obywateli, jest jednym z podstawowych zadań stawianych współcześnie przed władzami i organami państwa. Żeby można było planować i realizować zrównoważony rozwój państwa, zagwarantowane muszą być odpowiednie do tego warunki zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Każde zagrożenie dla bezpieczeństwa  musi być zdefiniowane, przeanalizowane, poddane ocenie, a w efekcie stworzony musi być początkowo doraźny, jeśli niebezpieczeństwo jest nowe i niespodziewane, ale docelowo systemowy sposób zapobiegania zagrożeniom, reagowania na realnie zaistniałe, a przynajmniej zminimalizowania ich negatywnych skutków.

W obecnej sytuacji geopolitycznej zasadne jest postawienie pytania, czy przyjęcie przez Polskę zaplanowanej przez Unię Europejską liczby uchodźców i/lub niewiadomej, pozostającej poza kontrolą, liczby imigrantów, może stanowić potencjalne/realne wielowymiarowe zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa? Należy dokonać rzetelnej analizy problemu, przy zastrzeżeniu jednak, że nie można upatrywać w tych dwóch zdarzeniach (absorpcji przybyszy z zewnątrz) nieuniknionej koniunkcji pomiędzy obecnością obywateli innych państw w granicach Polski i wzrostem zagrożenia bezpieczeństwa. Nie jest przecież prawdą (choć taka teza jest głoszona przez niektóre środowiska), że wszyscy uchodźcy są terrorystami (w zasadzie są to wykluczające się pojęcia), tak jak terroryści nie wykorzystują w planowy, masowy sposób fali uchodźców/emigrantów do przedostania się na terytorium państw, w których zamierzają przeprowadzić zamach (choć jak wiadomo, zdarzały się i takie przypadki).

Jak zostało już stwierdzone w innym miejscu, napływ przybyszów nawet w trudnej do oszacowania liczbie do Polski, nie będzie stanowił zagrożenia dla rynku pracy czy spójności kulturowej naszego społeczeństwa. Inaczej jednak sytuacja przedstawia się przy rozpatrywaniu zagrożeń o innym charakterze, mogących bezpośrednio dotyczyć pojedynczych obywateli; są one pokazywane przez środowiska niechętne przybyszom jako najgroźniejsze i przeciwko którym należy przede wszystkim podjąć zdecydowane przeciwdziałania. Zaliczyć do nich należy możliwość wzrostu przestępczości kryminalnej, próby negatywnego oddziaływania na społeczności lokalne poprzez usiłowanie narzucania odmiennych wzorców kulturowych, czy wreszcie, choć – wydaje się – w najmniejszym stopniu, stawanie się zapleczem organizacji ekstremistycznych, swoistego rodzaju ich bazami rekrutującymi i logistycznymi. Ponadto, wskazywanie takich zagrożeń i utożsamianie ich z napływem ludności muzułmańskiej, to tylko jeden, bardzo stronniczy punkt widzenia. Albowiem rozmieszczanie rodzin uchodźców i imigrantów w przygotowanych dla nich specjalnych ośrodkach, ale zlokalizowanych na terenach miast i gmin, jak i (docelowo) wśród społeczności lokalnych na równoprawnych z nimi warunkach, może budzić sprzeciw takich społeczności, protesty; w skrajnych przypadkach może nawet dochodzić do różnych form agresji wymierzonej przeciwko „obcym”. Członkowie organizacji skrajnie prawicowych, nacjonalistycznych, w przeszłości nierzadko manifestowali swoje anty-imigracyjne poglądy, i to oni byli najczęściej sprawcami przestępstw polegających na fizycznym atakowaniu osób uznawanych za nie-Polaków, imigrantów oraz niszczenia ich mienia (m.in. podpaleń  mieszkań, budynków w ośrodkach dla uchodźców – co prawda w naszym kraju jak na razie takie ataki zdarzały się sporadycznie, to przykład choćby Niemiec, gdzie do podobnych zdarzeń dochodzi bardzo często, powinien stanowić ostrzeżenie, że pojawią się w przyszłości i u nas). Ten aspekt potencjalnych konsekwencji przyjmowania uchodźców i imigrantów, pomijany jest w dyskursie publicznym i to pomimo oficjalnych informacji Prokuratury Krajowej o wzroście liczby przestępstw motywowanych kolorem skóry, narodowością czy wyznaniem (z 835 w 2013 roku do 1548 w roku 2015).

Opinia publiczna jest natomiast epatowana przez polityków i media obrazami zamachów terrorystycznych dokonywanych przez wyznawców fundamentalistycznego islamu i budowanie tym samym atmosfery strachu oraz wskazywanie, że zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i obywateli staje się realne, co podkreśla jednoznaczne stawianie pytania „kiedy?”, a nie „czy?”, dojdzie w Polsce do zamachu. Środowiska niechętne przyjmowaniu uchodźców i imigrantów bezkrytycznie powielają informacje, że zamachów dokonywali terroryści, którzy przybyli do Europy wraz z falą przybyszów w ostatnich miesiącach (dotyczy to również zdarzeń o charakterze kryminalnym, do jakich doszło podczas Sylwestra 2015 roku) i pomimo oficjalnych sprostowań, same ich nie dementują i nadal propagują. A wiadome jest, że zamachy do jakich doszło w ostatnich latach m.in. w Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii czy Niemczech, lub które były planowane, ale uniemożliwione dzięki operacjom antyterrorystycznym odpowiedzialnych za nie służb, przeprowadzane były przez środowiska wywodzące się z diaspory muzułmańskiej mieszkającej w Europie od kilku pokoleń. Warto zatem zastanowić się jaki jest tego powód, tak, by móc zapobiec w przyszłości pojawienia się podobnego zagrożenia w Polsce.

Prawdą jest, że młodzi muzułmanie żyjący w swoistego rodzaju gettach miast zachodniej Europy, w odróżnieniu od swoich rodziców i dziadków, którzy mogli i potrafili zintegrować się ze społecznościami krajów pobytu, stanęli przed życiowymi wyzwaniami, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Stanęli przed koniecznością albo relokacji, czyli zerwania ze swoim dotychczasowym środowiskiem, choćby w poszukiwaniu zatrudnienia, co jednak przy silnej kulturowej tradycji rodzinnej nie jest łatwe, tym bardziej, że niski poziom wykształcenia często uniemożliwia znalezienie pracy, albo akceptacji narzucanych im przez państwo reguł funkcjonowania. To drugie rozwiązanie jest równie trudne jak pierwsze, bo choć państwo gwarantuje minimum socjalne, ale wymaga bezwzględnego podporządkowania się prawu. Zatem obie opcje często nie są możliwe do zaakceptowania przez młodych ludzi i w związku z tym stają się podatni na wpływy instytucji, organizacji lub środowisk, które ze względu na bliskość kulturową jawią się bardziej wiarygodne od państwowych, a proponują inne alternatywne możliwości samorealizacji. I pomimo tego, że tak jak państwo wymagają bezwzględnego posłuszeństwa, to obiecują, że postępowanie zgodne z ich nakazami zagwarantuje spokojną i dostatnią przyszłość rodzinom przystępującym do nich ludzi. Właśnie rodzinom – a nie członkowi takiej organizacji czy społeczności, bo w skrajnych przypadkach wymagają one poświęcenia życia dla dżihadu, w zamian obiecując opiekę nad jego bliskimi (w przeszłości taką ofertę składał przyszłym terrorystom-samobójcom m.in. reżim Muammara Kadafiego czy Hamas). A zatem przed państwem polskim stoi zadanie przygotowania takiego programu adaptacji przybywających do nas uchodźców i emigrantów, by nie pozostawiać ich bez wsparcia, a tym samym nieoddawania pola do działania organizacjom ekstremistycznym (choć oczywiście istnienie i wdrażanie takiego programu nie zagwarantuje całkowitego bezpieczeństwa i uniknięcia przedostania się na terytorium Polski osób podejmujących działania przestępcze, terrorystyczne, z państw trzecich).

Bardzo trudno jest jednak odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czy państwo polskie jest przygotowane do odparcia potencjalnego zagrożenia bezpieczeństwa jakie mogłoby powstać w przypadku pojawienia się dużej liczby uchodźców/imigrantów, nieprzestrzegających ponadto obowiązującego porządku prawnego. Oczywiście należałoby wierzyć w deklaracje składane przez kolejne rządy, że służby i instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo zarówno państwa, jak i obywateli, są dobrze przygotowane do wypełniania swoich zadań i potrafią zapobiegać pojawiającym się zagrożeniom. Niestety rzeczywistość wydaje się zaprzeczać prawdziwości takich zapewnień.  Niestabilność służb wynikająca  zarówno z dużej rotacji funkcjonariuszy, jak i zmieniających się często priorytetów zadań, będąca skutkiem m. in. braku ciągłości ich struktur i zmian personalnych kierownictw, stawia pod znakiem zapytania ich zdolności operacyjne. Dlaczego bowiem polskie służby: Straż Graniczna, Agencja Wywiadu, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służba Wywiadu (wojskowego), Służba Kontrwywiadu Wojskowego, czy wreszcie Policja, miałyby być lepiej przygotowane do sprawdzania tożsamości legalnych, a tym bardziej nielegalnych, przybyszów z zagranicy i zagwarantować identyfikację osób mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa, jeśli nie są do tego zdolne służby innych państw, w tym z wiele bogatszym doświadczeniem zwalczania terroryzmu jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy? Czy zapewnienia o należytym przygotowaniu do przeciwdziałania sytuacjom mogącym stwarzać zagrożenie dla państwa i obywateli, nie jest przejawem megalomanii, braku wiedzy (na własne zresztą życzenie, bo poprzez brak chęci korzystania z wiedzy i doświadczeń innych) i przekonania o własnej nieomylności, a w rzeczywistości jest efektem ulegania stereotypom i potocznej opinii kształtowanej głównie przez media nastawione na zysk i epatowanie sensacją, a nie prezentowanie rzetelnej informacji, co w istocie prowadzi do braku skuteczności działań antyterrorystycznych?

Przy takiej negatywnej ocenie przygotowania służb  można jednak dostrzec pewne elementy pozytywne, które wynikają co prawda nie z precyzyjnego planu działań antyterrorystycznych, ale są efektem ubocznym polityki obecnie rządzących. Wskazywanie na Rosję jako jedynego zagrożenia bezpieczeństwa Polski, wzmacnianie w związku z tym kontroli granicy wschodniej (inwestycje w Straż Graniczną), podnoszenie gotowości bojowej wojska, irracjonalna obawa przed przyjęciem wynegocjowanej w umowach UE kwoty uchodźców mogąca doprowadzić do niezrealizowania przyjętego zobowiązania, lub faktyczne poddanie ich kompleksowej (by nie rzec: totalnej) kontroli, mogą przynieść efekt w postaci zablokowania prób żywiołowego, masowego przekraczania granicy ukraińsko-polskiej przez przybyszy z Azji (inną kwestią jest zwalczanie przestępczości związanej z przemytem ludzi). Gdyby jeszcze umocnić współpracę Straży Granicznej z FRONTEX-em i służbami granicznymi innych państw Unii (należałoby zastanowić się nad celowością stworzenia, tak jak to proponuje Komisja Europejska, jednolitej, Europejskiej Straży Granicznej, a przynajmniej dopuszczenie na granicach zewnętrznych, nie tylko wschodnich, wspólnych, wielonarodowych, posterunków granicznych), dawałoby to nadzieję na podniesienie bezpieczeństwa kraju. Podobnie można ocenić proponowane przez władze zmiany w prawie wprowadzane nowelizacją Ustawy o policji (potocznie nazywaną Ustawą inwigilacyjną, bo faktycznie rozszerzające uprawnienia kontrolne wobec obywateli), czy Ustawą o działaniach antyterrorystycznych – rzeczywiście mogą się one przyczynić do zwiększenia bezpieczeństwa, przy jednak jednym, niezmiernie ważnym zastrzeżeniu. Ze względu na przyznawanie służbom nowych, bardzo szeroko zakrojonych i ograniczających istniejące prawa wolnościowe, uprawnień, rodzi się obawa przed wykorzystywaniem (nadużywaniem) przez rządzących tych instrumentów nie dla zagwarantowania bezpieczeństwa, ale walki z opozycją. Doświadczenie płynące z innych państw, europejskich, ale i USA, stawianych nierzadko za wzór porządków demokratycznych,  uczy, że pokusa taka pojawia się bardzo często wśród rządzących, którzy ponad dobro wspólne stawiają własny interes polityczny. W takim kontekście często stawiane jest pytanie „czy dla gwarancji bezpieczeństwa można ograniczać wolność osobistą”?, na które odpowiedź nie może być jednoznaczna.

Zatem dostrzegając co prawda potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, jakie może pojawiać się w związku z przyjęciem uchodźców, wśród których mogą znaleźć się członkowie organizacji terrorystycznych, lub którzy mogą się nimi stać w wyniki rekrutacji prowadzonej w Europie przez emisariuszy np. Państwa Islamskiego lub zradykalizować się pod wpływem poglądów głoszonych przez imamów (podobnie należy ocenić takie niebezpieczeństwo w związku z napływem imigrantów), to jednak należy skonstatować, że w dalszym ciągu wydaje się ono proporcjonalnie znikome wobec podobnych zagrożeń występujących w innych państwach. Co nie powinno jednak osłabiać czujności służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, tak by nie doszło do zamachu terrorystycznego na terytorium Polski.

 

4. Konsekwencje dla Unii Europejskiej i polskiej polityki wobec UE

(Jacek Oleksiejuk, Robert Smoleń)

Czy kryzys uchodźczy/migracyjny zagraża Unii Europejskiej?

Bez wątpienia Unia ma do czynienia z poważnym kryzysem. Chodzi tu nie tylko o bezwzględną liczbę osób  przedostających się na obszar UE; w 2015 roku było to ok. 2,4‰ liczby ludności wszystkich krajów Unii – dużo, ale UE mogłaby sobie spokojnie poradzić z takim napływem. Strumień ten jednak nie rozlał się równomiernie: najpierw skoncentrował się w dwóch „punktach wejścia” – na Lampedusie, Sycylii i innych miejscowościach Włoch oraz na greckich wyspach we wschodniej części Morza Egejskiego – a następnie przemieścił się do najbogatszych państw UE (Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania). Zdecydowana większość krajów Unii w ogóle nie została jak dotąd w znaczeniu dosłownym dotknięta przez ten kryzys. Skala napływu uchodźców i imigrantów do wyłącznie niektórych krajów, przez to spotęgowana, okazała się przekraczająca możliwości państw będących ostatecznymi celami wędrówki, jak też pierwszych krajów przyjmujących. Samo przemieszczenie się taki wielkiej masy ludzi wywołało negatywne efekty społeczne w takich państwach, jak Węgry, Austria czy Francja. Cały napływ i przemarsz uchodźców i imigrantów miał charakter chaotyczny, żywiołowy i nieuporządkowany.

Ten proces wywołał dwa zjawiska polityczne:

  • wykorzystanie wzrostu poczucia niepokoju dużych grup społecznych w krajach Unii (nawet w tych, które nie doświadczyły tranzytu uchodźców i imigrantów) przez skrajnie prawicowe, narodowe i ksenofobicznie nastawione siły polityczne. To z kolei zmusiło rządzących w części państw do korygowania ich polityki;
  • Uwidoczniony w ten sposób egoizm doprowadził do zablokowania prób rozwiązania kryzysu przy użyciu narzędzi unijnych, wspólnych. Pojawiły się napięcia między państwami, które nie otrzymały potrzebnej im pomocy, a tymi, które za priorytet uznały ochronienie swoich obywateli przed możliwymi negatywnymi konsekwencjami napływu uchodźców/imigrantów. Przez to szanse na skuteczne rozwiązanie problemu dodatkowo się zmniejszyły. Została jednocześnie osłabiona spoistość Unii i zahamowany proces dalszej integracji.

Nie jest to jednak zagrożenie, które mogłoby zachwiać całą Unią. Większe negatywne konsekwencje może mieć ewentualne wystąpienie Wielkiej Brytanii z UE w wyniku referendum 23 czerwca 2016 r., bądź podział Unii na dwa kręgi o różnym stopniu zintegrowania w wyniku nowego statusu W. Brytanii (w przypadku pozostania Zjednoczonego Królestwa), jeśli zgodnie z tym przykładem postąpiliby inni eurosceptyczni członkowie UE.

Optymalny sposób rozwiązania kryzysu. Wnioski na przyszłość

Rozwiązanie kryzysu uchodźczego/imigranckiego byłoby nieporównanie prostsze, gdyby państwa członkowskie – zamiast kierować się egoizmem – postępowały zgodnie z zakodowaną w UE zasadą solidarności, tj. okazały niezbędną pomoc Grecji i Włochom oraz zgodziły się przyjąć nadwyżkę uchodźców ponad liczbę osób, które są zdolne wchłonąć kraje otwierające swe granice (Niemcy, Szwecja).

Długofalowe i trwałe rozwiązanie wymagałoby skutecznego zaangażowania się w zakończenie konfliktu w Syrii – i to zapewne nie tylko polityczne, ale i militarne. Unia Europejska dzisiaj nie ma instrumentów, które mogłaby wykorzystać w tym celu. Odpowiednim potencjałem dysponuje oczywiście NATO, jednak wśród jego członków brak jest chęci podjęcia takiej interwencji. Konflikt w Syrii jest wielopłaszczyznowy i złożony, angażujący wiele podmiotów według różnie krzyżujących się linii podziałów i płaszczyzn interesów.

Przyjęte na razie rozwiązanie zasadza się na: próbach oddzielenia uchodźców od imigrantów ekonomicznych (ci pierwsi powinni być przyjmowani na obszarze UE, drudzy – odsyłani),  finansowym wsparciu Turcji w celu przyjmowania uciekinierów z terenów objętych działaniami wojennymi, zgodzie na rekompensaty polityczne (otwarcie nowego rozdziału negocjacji akcesyjnych, ruch bezwizowy) wobec Turcji za jej zaangażowanie się w powstrzymanie fali migrantów do Grecji.

Muszą temu towarzyszyć następujące środki: (i) wzmocnienie ochrony granic zewnętrznych Unii Europejskiej, zwłaszcza w Grecji; (ii) lepsza organizacja tzw. Hot Spotów; (iii) szybsze i wiarygodne procedury rozpatrywania wniosków azylowych przez urzędników i funkcjonariuszy państw skłonnych do przyjęcia uchodźców; (iv) efektywna relokacja do innych państw UE osób, którym w Hot Spotach przyznano status uchodźcy lub podobny; (v) transfery pieniężne do państw uczestniczących w ww. procedurach – w wysokości pozwalającej na skuteczne działania; (vi) readmisja osób, którym odmówiono przyznania statusu uchodźcy.

Niezależnie od kroków na rzecz opanowania sytuacji kryzysowej, Unia Europejska i jej państwa członkowskie powinny przygotować decyzje, które zabezpieczą UE przed podobnymi kryzysami w przyszłości (różnice w rozwoju i poziomie życia powodują, że UE stale będzie atrakcyjnym celem migracji). Decyzje te mogłyby być istotnym bodźcem do dalszej integracji.

Potrzeba jednolitej polityki azylowej UE

Historia rozwoju działań i starań Unii Europejskiej w dziedzinie szeroko rozumianej polityki migracji sięga początków integracji europejskiej i pierwszych związanych z tym regulacji. Oczywiście na poziomie państw narodowych. Niemniej jednak dopiero początek XXI wieku to czas kształtowania się współczesnych rozwiązań, a także wyzwań, przed jakimi staje dzisiaj zjednoczona Europa. Nie jest to jednak zjednoczenie trwałe i rozumiane w ten sam sposób przez wszystkich członków tego ugrupowania.

Oto bowiem do 2005 roku prace Komisji Europejskiej polegały zasadniczo na harmonizacji standardów minimalnych w dziedzinie azylu, pozostawiając szczegółowe uregulowania państwom członkowskim. Przypominało to rozwiązania stosowane w pracach Rady Europy oraz w Konwencjach zawieranych pod auspicjami tej organizacji. Dobrowolność przyjmowania poszczególnych rozwiązań to cecha zasadnicza tego systemu.

Od 2008 roku mamy do czynienia z wprowadzaniem rozwiązań już nie dobrowolnych, lecz wspólnych dla całego ugrupowania. Stąd też pojawiły się takie propozycje, jak dobrze znany i stanowiący w obliczu dzisiejszych trudności ważny element polityki azylowej – tzw. wniosek dubliński oraz system porównywania odcisków palców niezbędny w realizacji tego rozporządzenia. Brak tzw. dobrych praktyk w tej dziedzinie stał się pierwszym krokiem ku rozlicznym trudnościom  napotykanym przez całą Wspólnotę. Wynikają  one z faktu braku odpowiedniego wsparcia logistycznego i finansowanego dla krajów najbardziej obciążonych egzekwowaniem tego prawa. Widać zatem już tutaj brak niezbędnej koordynacji i zrozumienia tych krajów, które w największym stopniu odpowiadają za implementację postanowień, które są przecież wspólnotowe. Przykłady takich działań wystąpiły na Węgrzech, Grecji, Włoch i innych krajów tzw. szlaku bałkańskiego.

Inne działania w zakresie prawnym podejmowane przez organy unijne polegały na przyjęciu jednolitego statusu rezydentów, zasad popierania tzw. zjednoczonej rodziny, tzw. pojedyncze zezwolenia dla obywateli tzw. państw trzecich na pracę i pobyt na obszarze wspólnotowym,  tzw. niebieską kartę (dla utalentowanych obywateli państw trzecich) oraz wiele innych bardziej szczegółowych rozwiązań ułatwiających przebywanie osób niebędących obywatelami Unii na jej terenie. Można powiedzieć, że tak szerokie wspólnotowe uregulowania (Unii Europejska posiada najbardziej zaawansowany system ochrony azylowej na świecie), które miały stanowić o sile ugrupowania, niestety w praktyce stają się czasami siłą destrukcyjną i miażdżącą dobre skądinąd postanowienia.

Walka z nieskutecznymi regulacjami jest podejmowana na bieżąco, co nie zmienia faktu, że jej rezultaty są, jak na dzisiaj, dosyć marne.

Nie bez znaczenia jest waga dzisiejszego tzw. zewnętrznego podejścia do problemów wyżej zaznaczonych. Chodziłoby zatem o szereg uregulowań, umów, relacji i stosunków z krajami spoza Unii, a bezpośrednio stanowiącymi zaplecze i źródło procesów migracyjnych. Są to kraje z obszaru Afryki Północnej, Wschodniej i Zachodniej, Bliskiego Wschodu, Azji, dobrze znane i często wymieniane w toczącym się dyskursie politycznym. Budowanie zaplecza dla prowadzonej dotychczasowej polityki w oparciu tylko o Turcję, nie wydaje się być dostatecznym środkiem zapewniającym skuteczność prowadzonej polityki. Nawet to bowiem rozwiązanie posiada wiele mankamentów i słabości, o których wiedzą już dzisiaj jej uczestnicy.

Nieodłącznym elementem polityki migracyjnej Unii Europejskiej jest kwestia zasad, procedur i wielkości jej finansowania. Rozmiary dotychczasowego wsparcia są delikatnie mówiąc niewystarczające, a jeśli już do niej dochodzi to procedury jej wdrażania są przeciągane w sposób, który często zatraca potencjalne pozytywne efekty jej wprowadzenia.

W tym świetle polskie uczestnictwo w ramach polityki migracyjnej jest niezbędne – nie tylko z faktu bycia uczestnikiem takiej, a nie innej formy organizacyjnej ugrupowania; należy liczyć się z faktem, że środki przyznane Polsce na realizację zadań z zakresu polityki spójności, polityki strukturalnej oraz polityki regionalnej mogą zostać zredukowane, obniżone lub wręcz w niektórych działach budżetu unijnego zabrane z powodu koniecznych przesunięć na teraźniejsze potrzeby w walce z kryzysem migracyjnym w Europie. Zapowiedzi uspokajające obozu rządowego nie mogą być tutaj ostatecznym gwarantem spokoju i stabilności. Oto bowiem na dowód powyższego, można przytoczyć fakt, że ostatnie propozycje  Komisji Europejskiej z 28 kwietnia 2016 roku mówią o zapowiadanych karach w wysokości 290 tys. euro za jednego nieprzyjętego uchodźcę w ramach uzgodnionego już wcześniej systemu alokacji tychże osób przez dane państwo członkowskie. A  jest to tylko jedno z licznych zagrożeń bezpośrednio dotyczących Polski jako członka Unii Europejskiej w tej jakże drażliwej kwestii.

Wspólna ochrona granic. Strefa Schengen

Obecny kryzys wyraźnie pokazuje, iż masowy, niekontrolowany i chaotyczny napływ migrantów może osiągnąć skalę nie do opanowania przez jedno państwo. Unia powinna stworzyć własną służbę ochrony granic zewnętrznych UE, zdolną do szybkiego reagowania w przypadku zagrożenia na którymkolwiek odcinku granicy zewnętrznej. W konsekwencji kłopotów z ochroną granicy w Grecji sformułowano propozycje przekształcenia Europejskiej Agencji Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej FRONTEX w Europejską Straż Graniczną i Przybrzeżną. Wydaje się, że w końcu decyzja w tej sprawie zostanie podjęta (kontrowersyjna była możliwość użycia jej sił bez zaproszenia ze strony państwa, na którego granicy powstała sytuacja nadzwyczajna). Nie tylko stworzy mechanizm skuteczniejszych interwencji na granicach zewnętrznych UE, ale także otworzy nową kartę w historii integracji – może być początkiem przekazania Unii bardziej ogólnych uprawnień w przyszłości. Unia zyskałaby wspólną służbę wykonującą wrażliwą kompetencję z korzyścią dla wszystkich członków.

Uszczelnienie granicy zewnętrznej byłoby pomocne w utrzymaniu swobodnego ruchu bez kontroli granicznych i celnych w ramach Schengen. W praktyce jest to niezbędne dla sprawnego funkcjonowania jednolitego europejskiego rynku. Gdyby strefa Schengen została zlikwidowana (co – mimo wprowadzenia czasowych kontroli na wielu granicach wewnętrznych – nie wydaje się prawdopodobne), z pewnością szybko zostałaby ona odtworzona w węższym wymiarze (mniejszej grupy państw skłonnych do zacieśnienia integracji w tym względzie).

Wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa

Problem napływu uchodźców  na wielką skalę na obszar Unii Europejskiej w konsekwencji konfliktów lokalnych nie może być trwale rozwiązany bez usunięcia jej bezpośredniej przyczyny – czyli zakończenia tych konfliktów. Poszczególne państwa Unii w pojedynkę nie mają jednak wystarczającego wpływu, aby do tego doprowadzić. Bieg wydarzeń jest więc pozostawiony innym graczom globalnym (np. w odniesieniu do Syrii – Rosji i USA) bądź w ogóle ma charakter chaotyczny i nieprzewidywalny (przypadek Libii). W interesie wszystkich państw członkowskich leży możliwość skutecznego działania UE na polu polityki zagranicznej. Obecny kryzys uchodźczy mógłby zachęcić liderów krajów UE do rzeczywistego powierzenia Unii kompetencji w tym obszarze. Zaangażowanie w rozwiązanie dokuczliwych kryzysów w bezpośrednim pobliżu granic Unii mogłoby wówczas stać się początkiem procesu nadania strukturom i instrumentom Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa realnej treści. Wspólna polityka byłaby prowadzona w interesie całej Unii oraz wszystkich jej członków. Wymagałaby szczególnych procedur uzgadniania jej treści – tak, by od-powiadała powyższemu założeniu, ale bez prawa weta któregokolwiek z państw członkowskich.

Znaczenie kryzysu dla polskiej polityki wobec UE

Obecna polska polityka (rządu Prawa i Sprawiedliwości) w odniesieniu do niekontrolowanego, masowego napływu uchodźców i imigrantów na obszar Unii Europejskiej polega na nieuczestniczeniu w próbach znalezienia rozwiązania tego kryzysu. Przedstawiciele RP negują propozycje zmierzające się do wspólnego zaradzenia sytuacji nadzwyczajnej oraz znalezienia trwałych rozwiązań na przyszłość. Polska sama nie formułuje własnych propozycji. Skorzystała z nadarzającej się okazji, aby de facto wypowiedzieć wcześniejsze zobowiązanie do przyjęcia niewielkiej kwoty uchodźców. Mimo, że generalnie „chowa się za plecami” państw bardziej narażonych na skutki migracji i głośno protestujących przeciw wspólnym działaniom UE (Węgry, Słowacja), stanowisko to jest dostrzegane – i oceniane negatywnie -przez zdecydowaną większość partnerów (państwa członkowskie i instytucje UE).

Takie podejście jest równoważne z podważeniem zasady solidarności. Manifestowanie egoizmu zamiast gotowości do współpracy i pomocy – to przejaw krótkowzroczności. W interesie Polski, która ma długą granicę zewnętrzną Unii, byłoby szybkie wypracowanie wspólnej polityki azylowej oraz zaangażowanie się w stworzenie mechanizmu relokacji uchodźców przy zaoferowaniu naszych realnych możliwości ich przyjęcia (oczywiście przy zagwarantowaniu bezpieczeństwa obywatelom, co jest odpowiedzialnością państwa).

Zajęta teraz pozycja utrudni w przyszłości rządowi (obecnemu na pewno, ale może też wpływać na skuteczność kolejnych) prowadzenie polityki europejskiej korzystnej z punktu widzenia obiektywnych interesów RP i jej obywateli. Tracąc zaufanie i wiarygodność u partnerów w UE, Polska znajdzie się na marginesie  procesów decyzyjnych w UE i tym samym utraci realną zdolność do zabiegania o realizację swoich celów. Niebezpieczeństwo takie może się np. pojawić przy negocjacjach nowych Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021-2027 oraz wcześniej – w ramach przeglądu wydatkowania środków w ramach obecnych Ram (2014-2020).

Reorientacja polityki w tej kwestii byłaby całkowicie bezpieczna. Jak wynika z analizy w części I niniejszego raportu, europejski  kryzys migracyjny  może dotknąć Polski w zasadzie tylko w odniesieniu do prawdziwych uchodźców – osób przesiedlonych z obozów przesiedleńców i  przybywających do Polski  w celu uzyskania azylu; nie ma podstaw, aby zakładać, iż Polska stanie się ostatecznym celem osób przybywających do Europy w charakterze imigrantów ekonomicznych. Dla sporej części nawet faktycznych uchodźców, Polska stałaby się zapewne przejściowym adresem w ich podróży. Liczba osób, które zdecydowałyby się na stały pobyt na obszarze RP nie byłaby wielka. Ich pobyt nie niósłby z sobą zagrożeń, którym służby i agendy państwa polskiego nie byłyby w stanie skutecznie przeciwdziałać.

Jednocześnie Polska miałaby pełne prawo prowadzić własną politykę imigracyjną. Ta ostatnia nie jest bowiem częścią polityki unijnej, ani nie jest przedmiotem uregulowań w prawie międzynarodowym.

[1] Według przyjętej przez ONZ definicji – osób, które przebywają w kraju niebędącym miejscem ich pochodzenia dłużej niż 12 miesięcy lub posiadających obywatelstwo obcego państwa, dane za 2015rok. http://www.un.org/en/development/desa/population/migration/publications/populationfacts/docs/MigrationPopFacts20154.pdf

[2] Por. Bronisław Misztal, Demografia i polityka. Fenomen „pustej kołyski (w:) „Konserwatyzm na Podlasiu” (red. J.P. Gieorgica), Białystok 2005, s. 97

[3]  W styczniu 2016 roku kolejnych  68 tys. osób przybyło do Grecji, uratowano 5,6 tys. uciekinierów płynących w stronę Włoch, a 65,3 tys. nielegalnych imigrantów wykryto na  na granicach UE na Bałkanach Zachodnich, pomimo ciągłego uszczelniania granic europejskich i porozumienia między UE a Turcją. Dopiero na początku kwietnia 2016 r. na podstawie podpisanego porozumienia między UE a Turcją  dokonano pierwszego zawrócenia z Europy pierwszych migrantów. Uchodźcy, którzy wjechali nielegalnie do UE, mają być przenoszeni do Turcji. Za każdego Syryjczyka wydalanego z UE ma przybywać legalnie do UE inny Syryjczyk. Władze unijne szacują, że  dotyczyć to będzie łącznie 72 tys. osób.

[4] Szerzej na ten temat w: „Jak Polska wykorzystała środki Unii Europejskiej” ( redakcja J.P. Gieorgica). PSP Europa, Warszawa 2015

[5]  Imigracja wahadłowa  to pojęcie określające  płyny ruch  ludzi między krajami, dotyczące zarówno ruchu tymczasowego jak i  długoterminowego, które może  być korzystny dla wszystkich zainteresowanych stron, w przypadku gdy występują on dobrowolnie i związany jest  z potrzebami rynków pracy obu krajów:  pochodzenia i przeznaczenia. W polskiej literaturze przedmiotu spotykane jest też określenie „imigracja niepełna” (prof. Okólski) akcentujące pulsującą naturę tego zjawiska, wymykającego się precyzyjnym pomiarom statystycznym. Por. IOM, Glossary on Migration, International Migration Law Series No. 25, 2011

[6]  Wg. G. Dobroczka, który analizował wyniki ankiet przeprowadzonych wśród  Ukraińców w  drugiej połowie 2015 r. przez NBP.pracownicy ci  są przyzwyczajeni do wyjazdów i powrotów. Rekordzista był w Polsce już 40 razy. A średnio każdy z pracujących pracował  Polsce już 11 razy. Patrycja Maciejewicz,” Milion Ukraińców na saksach w Polsce. Zarabiają przeciętnie 2 tys. netto” Za : http://wyborcza.biz/biznes/1,147666,19979553,raport-nbp-ukrainiec-w-polsce-zarabia-przecietnie-2-tys-netto.html#ixzz470MFVseN (26.04.2016)

Tekst raportu ukazała sie także na stronie Polskiego Stowarzyszenia Prointegracyjnego – EUROPA (http://www.pspeuropa.pl/ekspertyzy/raporty) oraz w „Myśli Socjaldemokratycznej” nr 2/2016, przygotowanym na I Kongres Forum Postępu.

0

Komentarze

comments

Nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *