Czy Polska może (też) wyjść z UE?

Napisał: poniedziałek, Lipiec 11, 2016 1 Link 0

Polska z Unii Europejskiej nie wyjdzie – nie pozwolą jej wyprowadzić obywatele, wciąż podtrzymujący bardzo wysokie poparcie dla obecności swojego kraju w zintegrowanym europejskim organizmie. Jeśli jednak w konsekwencji decyzji wyborców Zjednoczonego Królestwa o Breksicie Unia będzie w najbliższym czasie przechodzić przeobrażenia, nie jest pewne, w jakim dokładnie miejscu nowej konstrukcji europejskiej się znajdziemy. Polacy cenią sobie model ścisłej integracji, ale mogą nie dostrzec w porę, że decyzje rządzących prowadzą do zajęcia miejsca na peryferiach.

  1. Brexit

Konsekwencje głosowania Brytyjczyków 23 czerwca 2016 r. w sprawie wyjścia ich państwa z UE nie są jeszcze możliwe do przewidzenia w szczegółach. Nie jest nawet pewne, czy Brexit rzeczywiście nastąpi. Dość prawdopodobny jest scenariusz, w którym w trakcie dwuletnich negocjacji w sprawie procedury wyjścia następuje – po wyborach  – zmiana rządu Jej Królewskiej Mości na proeuropejski; rząd ten mógłby (po zakończeniu negocjacji) poddać pod ponowne głosowanie w referendum decyzję o opuszczeniu UE lub pozostaniu w niej; zaś obywatele, znając tym razem dokładnie warunki wyjścia oraz warunki pozostania, mogą rozstrzygnąć na korzyść kontynuacji ich udziału w projekcie integracyjnym.

Rozmowy między Unią a Wielką Brytanią rozpoczną się jednak w czasie, gdy tę drugą będzie reprezentować eurosceptyczny rząd Partii Konserwatywnej. Mimo że UE nie będzie w tych rokowaniach kierować się niskimi pobudkami (będzie poszukiwać optymalnych dla 27 państw Unii rozwiązań dotyczących ułożenia relacji gospodarczych, politycznych i handlowych z niedawnym członkiem), Wielka Brytania nie ma co liczyć na taryfę ulgową. Warunki wyjścia będą więc prawdopodobnie twarde. To może zachęcić Brytyjczyków do głosowania w drugim referendum, o ile by się ono odbyło, przeciwko wyjściu.

Nie wiadomo jednak, czy opcja alternatywna oznaczałby pozostanie na warunkach wynegocjowanych przez Davida Camerona, czy też wcześniejszych, sprzed całego zamieszania. To z kolei będzie zależeć od tego, jakie procesy wystąpią wewnątrz Unii Europejskiej.

W tej sprawie możliwe są dwa scenariusze. Może nic się nie wydarzyć, Unia może trwać w bezruchu czekając na lepsze czasy dla dalszej integracji. To – wbrew pozorom – całkiem sensowny wariant, jeśli popatrzeć na realia. Unia Europejska może w miarę sprawnie działać w oparciu o istniejące procedury i mechanizmy. Plusem tego rozwiązania jest to, że wszelkie ewentualne późniejsze decyzje o pogłębieniu powiązań byłyby podejmowane w gronie wszystkich członków. Zagrożeniem dla tego scenariusza byłaby prawdopodobna chęć innych eurosceptycznych rządów (głównie Victora Orbana na Węgrzech oraz PiS w Polsce) „pohasania sobie” przy tej okazji. Zapowiedzią tej tendencji były np. enuncjacje Jarosława Kaczyńskiego dotyczące renegocjacji traktatów konstytuujących UE.

W tym wariancie należałby się spodziewać, że Brytyjczykom zostałby zaproponowany powrót  na warunkach sprzed 2016 roku, bez jakichkolwiek ustępstw. Unia musiałaby pozostać spójna, z jednolitymi prawami i obowiązkami wszystkich państw. Podtrzymanie obiecanych D. Cameronowi wyłączeń ze wspólnych mechanizmów i regulacji mogłoby zachęcić innych członków do domagania się podobnych klauzul, prowadzić do Unii à la carte i w konsekwencji stworzyłoby zagrożenie dekompozycji całej Wspólnoty.

Odrzucenie specjalnego statusu Wielkiej Brytanii dałoby jednak argumenty zwolennikom opcji „Leave!”. Jeśli w Unii trwałby chaos decyzyjny, niewykluczone, że mogłaby przeważyć chęć utrzymania ważnego członka i ostatecznie – przy świadomości zagrożeń dla spoistości Unii, lub nie (raczej: nie) – propozycje z początku 2016 roku zostałyby podtrzymane.

Drugi scenariusz zakłada porozumienie na rzecz zacieśnienia powiązań wewnątrz grupy państw UE widzących główny problem integracji w tym, że niektórzy członkowie Unii zakłócają proces poprzez dążenie do jego spowolnienia lub wstrzymania. Takie porozumienie mogłoby obejmować grono sześciu krajów – założycieli, ale także zapewne Austrii, państw bałtyckich, Hiszpanii i Portugalii, etc. W najszerszym układzie to zacieśnienie powiązań mogłoby nastąpić w ramach strefy euro – przewiduje to Tytuł IV Traktat o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej (paktu fiskalnego). W praktyce oznaczałoby to, że członkowie UE pozostający poza tą nową wspólnotą polityczną znaleźliby się też na marginesie całej Unii. W tym wariancie Wielkiej Brytanii mógłby zostać zaproponowany powrót na warunkach zatwierdzonych przez Radę Europejską 22 lutego 2016 r. Status Zjednoczonego Królestwa i tak dotyczyłby kraju pozostającego poza głównym nurtem integracji, więc dla całości procesu nie miałby to większego znaczenia.

W tej chwili nie ma powodów, aby przewidywać efekt domina po Breksicie, a tym bardziej proces dezintegracji UE.

 

  1. Czego oczekują Polacy?

Czerwcowe sondaże pokazały bardzo wysokie poparcie dla obecności Polski w Unii Europejskiej – 77% (IPSOS), 81% (TNS) oraz 83% (CBOS). Nasza akceptacja dla integracji pozostaje niezmiennie wysoka, a od czasu wejścia do Unii wzrosła. Umocnienie się tego wskaźnika w wyniku wydarzeń ostatnich miesięcy jest zapewne reakcją zarówno na wynik referendum brytyjskiego (część respondentów mogła uznać, że zagrożenie podobnym scenariuszem w Polsce staje się realne i trzeba dać wyraźniejszy wyraz ich postawie), jak i na spór obozu rządowego z instytucjami europejskimi.

Nie ma w tym nic dziwnego: Polacy mają dobrą świadomość korzyści z udziału w UE – możliwości pracy w innych państwach Unii bez jakichkolwiek przeszkód, w sposób uregulowany prawnie i z szerokim zestawem przywilejów; dofinansowanie na wielką skalę ze środków UE inwestycji infrastrukturalnych, unowocześniających Polskę; możliwość sprzedaży na rynku europejskim polskich towarów (także rolno-spożywczych) i usług; ułatwienia w podróżowaniu, komunikowaniu się, etc.

Po drugiej stronie jest przeświadczenie o rozrośniętej biurokracji instytucji europejskich oraz nadmiernej regulacji ze strony Brukseli. Dodajmy, iż jest to opinia przesadzona i niezasłużona: urzędy brukselskie są względnie skromne (jeśli porównać je np. z administracjami krajowymi oraz z zakresem spraw, którymi się zajmują) oraz wysoce kompetentne; zaś jakość i efekty procesów decyzyjnych (zwłaszcza od kiedy obowiązują standardy tzw. better regulation) nieporównanie wyższe od ich odpowiedników np. w Polsce. W każdym razie bilans obu tych stron wypada zdecydowanie korzystnie dla obecności Polski w UE.

Niepokojące natomiast jest relatywnie niskie poparcie dla UE w grupie najmłodszych respondentów (w sondażach za wyjściem z UE opowiadało się aż 25 – 27%) – mimo że jest to pokolenie czerpiące pełnymi garściami z beneficjów płynących z integracji (możliwość studiowania za granicą, Erasmus, praca, podróże, wspólna przestrzeń cyfrowa). Zapewne jest to wypadkową dwóch zjawisk: po pierwsze, młodzi Polacy nie mogąc pamiętać czasu sprzed obecności Polski w UE i wiążących się z tym utrudnień, traktują korzyści z integracji europejskiej jako naturalne i oczywiste. Po drugie, w najmłodszej generacji widoczne są szczególne wpływy ideologii prawicowej, a w odniesieniu do znaczącej grupy – wręcz skrajnie prawicowej, nacjonalistycznej i ksenofobicznej.

 

  1. O co chodzi Prawu i Sprawiedliwości?

Mimo niby-proeuropejskich wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, nie można być pewnym, czy Prawo i Sprawiedliwość nie ma z tyłu głowy scenariusza, w którym po roku 2020 (wygaśnięciu Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2014 – 2020) członkostwo Polski w UE przestanie być kwestią kluczową. Polska nadal będzie kwalifikować się do wsparcia z funduszy unijnych, jednak najprawdopodobniej skala tej pomocy będzie znacząco mniejsza. Może tu zresztą zadziałać mechanizm samospełniającej się przepowiedni: ponieważ pozycja Polski w procesie decyzyjnym radykalnie spadła, w trakcie negocjacji nad nowymi Wieloletnimi Ramami Finansowymi możemy uzyskać znacznie mniej niż jako realnie wpływowy członek Unii; a wówczas pokusa wyjścia dla środowisk eurosceptycznych wzrośnie. Trzeba bowiem pamiętać, że po drugiej stronie tego równania jest obowiązek spełniania standardów demokratycznego państwa prawnego, tak jak są one rozumiane w UE, oraz prawo instytucji unijnych do wglądu w sposób funkcjonowania demokracji w Polsce. Może to istotnie przeszkadzać Jarosławowi Kaczyńskiemu w realizacji jego koncepcji ustrojowych, więc saldo naszej obecności w UE z jego punktu widzenia może wcale nie być tak oczywiste.

W tym, co mówi J. Kaczyński (a także B. Szydło, W. Waszczykowski i inni politycy PiS), wyraźnie widać zapowiedź powyższej koncepcji. Można uznać, że w warstwie semantycznej używa się tu daleko idącego skrótu myślowego (albo że świadczy to o niezrozumieniu czy nieznajomości rzeczy) – nie ma przecież powrotu do gaullistowskiej myśli o „Europie ojczyzn”. Jednak w istocie te deklaracje są wyrazem marzeń o cofnięciu integracji do czasu sprzed powstania Unii Europejskiej i Unii Walutowej i Gospodarczej (strefy euro), a właściwie nawet sprzed powstania wspólnego europejskiego rynku na mocy Jednolitego Aktu Europejskiego z 1986 r. To bowiem oczywiste, że sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku wymaga tych samych zasad i norm, włącznie z normami technicznymi. To z kolei nadaje mocną pozycję Komisji Europejskiej – którą PiS chciałby przecież osłabić. Co do Unii: bez wątpienia koncepcja PiS musiałaby oznaczać powrót do trójfilarowości UE (sytuacji, w której tzw. metoda wspólnotowa obowiązywałaby tylko w obszarze gospodarczym, zaś w kwestiach politycznych oraz spraw wewnętrznych i sprawiedliwości Unia zasadzałaby się na współpracy państw) – czyli przywrócenia stanu sprzed Traktatu z Lizbony; niewykluczone jednak, że może chodzić i powrót do sytuacji sprzed Traktatu z Maastricht. Ponieważ enuncjacje obozu rządzącego są bardzo ogólnikowe i mgliste, można tylko domyślać się realnych intencji za nimi stojących.

Jednak w tej chwili sprawa ta zapewne nie spędza snu z powiek liderowi Prawa i Sprawiedliwości. Jak wiadomo, Jarosław Kaczyński jest bardzo dobrym taktykiem, ale raczej słabym strategiem.

Lider Prawa i Sprawiedliwości może też mieć nadzieję, że problem rozwiąże się sam – jeśli ziści się drugi scenariusz zarysowany w poprzedniej części niniejszego tekstu, akceptacja dla odstępstw w Polsce, pozostającej na luźnych obrzeżach UE, od kanonu wartości demokratycznej wspólnoty mogłaby się zwiększyć. Tu jednak prezes PiS zapewne się myli: nawet kraj o słabszej asocjacji z mechanizmami integracyjnymi, ale wciąż pozostający członkiem Unii, będzie musiał spełniać wszystkie kryteria demokratycznego państwa prawa.  Szczególne ryzyko dla interesu J. Kaczyńskiego pojawiłoby się wówczas, gdyby do Breksitu rzeczywiście doszło i w reakcji zostałyby uruchomione nowe procesy integracyjne, w których mieliby brać udział wszyscy członkowie – czyli najwcześniej na przełomie 2018 i 2019 roku.

Jak z tego wynika, wszystko będzie zależeć od wyniku naszych najbliższych wyborów parlamentarnych (o ile kadencja nie będzie skrócona – właśnie w 2019 r.). Przegrana Prawa i Sprawiedliwości w tych wyborach na rzecz ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich zamknęłaby wszelkie spekulacje na temat miejsca Polski w UE. Wygrana PiS – dałaby tej partii mandat do eksperymentów ze statusem Polski w Unii. Jest prawdopodobne, że temat ten będzie jednym z głównych wątków kolejnej kampanii parlamentarnej.

0

Komentarze

comments

1 komentarz
  • Jerzy Dabrowski
    Lipiec 12, 2016

    Gratuluje Robertowi twórczej weny. Mysle ze niema dzisiaj „madrego „który przewidzi rozwój wypadkow. Jedno jest pewne -wakacje będą ciekawe,zwaszcza po zmianie rzadow w Anglii. W kontekście Polski chce zwrocic uwagę na ograniczona możliwość manewrow. Jest nim rosnące zadluzenie kraju i rozbudzenie zadań socjalnych niemożliwych do zrealizowania przy tym stanie gospodarki.Decyzje wiec będą uzależnione od tego kto da kase. Rozne wypowiedzi rzadzacych o suwerenności,samostanowieniu czy innych „pobrzekiwan szabelka” możemy przyjmować z uśmiechem. Zycze wesołych wakacji .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *