Garść myśli o polityce historycznej, spisanych 1 sierpnia 2016 roku

Napisał: wtorek, Sierpień 2, 2016 0 Link 0

Polacy wpadli w amok historii. Zamiast iść do przodu w dynamicznie zmieniającym się świecie – co przecież wymaga nie lada koncentracji, refleksu, zdolności do przewidywania zdarzeń, umiejętności wykorzystywania szans i unikania zagrożeń – zakopali się w rozważaniach o dziejach przeszłych.

Nie toczy się jednak u nas żaden poważny dyskurs historyczny. Poruszamy się w sferze mitów, uproszczonych schematów, najczęściej zwulgaryzowanych. Wszystko to jest na dodatek inspirowane przez jeden z obozów politycznych – co już samo w sobie powinno brzmieć jak ostrzeżenie. Jeszcze gorzej, że obóz ten akurat sprawuje w Polsce rządy (a więc ma w ręku wiele instrumentów). Najgorzej, że najwyraźniej ma nieczyste intencje.

Świadomość historii, kultury, tradycji jest oczywiście niezbędna dla utrzymania spoistości wielkiej grupy społecznej, jaką jest naród. Utrwalenie tej świadomości dzieje się spontanicznie; cóż to byłby za naród, który nie potrafiłby kultywować tej pamięci? Odbywa się to w rodzinach, w szkole, w literaturze, w kulturze masowej. Czy potrzebne jest zaprzęganie do tego aparatu państwowego, sterowanie tym procesem? Świadczyłoby to albo o słabości więzi społecznych w tej grupie, albo o sytuacji wyjątkowego zagrożenia. W przypadku społeczeństwa polskiego początku XXI wieku nie zachodzi ani jedno, ani drugie.

Prawica naturalnie musi się skupiać na przeszłości, aby konserwować porządek. Taka jej natura. Tym się różni od lewicy, obozu postępu i nowoczesności. Nie dostrzega zmian dziejących się w świecie; a jeśli już dostrzeże – próbuje się przed nimi schować i ochronić. Bo nie wiadomo, co przyniosą. Nie wiadomo, czym się skończą.

W Polsce, o dziwo, za politykę historyczną chciałaby też wziąć się lewica. 4 czerwca odbył się I Kongres Postępu, zorganizowany przez 12 lewicowych i centrolewicowych think-tanków; jeden z siedmiu paneli w ramach tej konferencji był poświęcony właśnie lewicowemu spojrzeniu na historię. A więc stwierdzono, że w sytuacji topniejącego poparcia dla partii lewicowych (od dłuższego czasu poniżej pięcioprocentowego progu dla każdej z nich); braku jakiegokolwiek elektryzującego pomysłu, który obywatele uznaliby za ważny i potrzebny; zatracenia umiejętności komunikowania się z dużymi grupami obywateli i wyborców, w szczególności młodych; rozpadu elektoratu lewicy, który właściwie składa się dziś z rozproszonych grupek kierujących się bądź to względami sentymentalnymi, bądź trochę oderwanym od twardych realiów współczesnego świata poczuciem poszkodowania; realnego zagrożenia dla fundamentalnych wartości lewicy: wolności, równości, solidarności i sprawiedliwości (społecznej, nie w rozumieniu ministra Ziobry), postępu i europejskości – w całej tej sytuacji jedną z siedmiu najistotniejszych kwestii dla lewicy jest akurat historia. Gdybyż to jeszcze była to próba stworzenia alternatywnego wzorca dla zawłaszczonego przez prawicę mitu szlachetnego nastoletniego powstańca, który w warunkach wyższej konieczności romantycznie poświęca swoje życie, swoją młodość, swoje marzenia, składa je na ołtarzu wielkiej idei i dobra wspólnego! Ale nie – chodziło o nazwy ulic i upamiętnienie postaci (skądinąd pozytywnej i rzeczywiście niedocenionej) Ignacego Daszyńskiego.

Właśnie. Młodzież jest szczególnie istotnym przedmiotem (niestety, właśnie przedmiotem!) tej walki o pamięć lub niepamięć. Walki wygrywanej przez Prawo i Sprawiedliwość, i jeszcze bardziej tradycjonalistyczne i ksenofobiczne organizacje (Ruch Narodowy, ONR). Widać, w świecie konsumpcjonizmu i pustki idei, dla młodego pokolenia wizja ich rówieśników oddających życie w imię wzniosłego celu stała się atrakcyjna. Zaczęło się od Muzeum Powstania Warszawskiego, potrafiącego nie tylko przyciągnąć uwagę sposobem ekspozycji, ale też przenieść mit Powstania do sfery popkultury: koncerty rockowe, płyty, filmy, naklejki na zderzaki samochodów, t-shirty itp. Następnie kult Powstania udało się zaszczepić w środowiskach, których raczej wcześniej nie podejrzewano o patriotyzm i obywatelskość: radykalni kibice, chuligani, przestępcy, tzw. „dresy”.  Jednocześnie minister A. Macierewicz tworzy oddziały Obrony Terytorialnej, zaprasza i wychwala „młodzież patriotyczną” skupioną w organizacjach paramilitarnych. Brzmi groźnie? Brzmi.

Wraz z promocją kultu odwagi i poświęcenia oczywiście gubi się i zamazuje kwestie odpowiedzialności za decyzję o wywołaniu Powstania, oraz jego realnych konsekwencji. No, ale to już inna historia.

Bezpośredni skutek jest taki, że poparcie dla ugrupowań prawicowych w grupie najmłodszych wyborców jest zdecydowanie wyższe, niż w innych kategoriach wiekowych. Bo kult Powstania Warszawskiego nierozerwalnie splótł się z prawicowym postrzeganiem świata. Powstańcy mieli różne poglądy, ale dziś kojarzą się z prawicą oraz skrajna prawicą.

Zresztą Powstańcy to już za mało. Stali się jakoś tak za mało radykalni, za mało wyraziści. Lepiej tworzyć mit „żołnierzy wyklętych”. Nie dali się rozbroić, strzelali nawet po zakończeniu wojny. Do kogo konkretnie, to można przemilczeć. Jako hasło do wieszania transparentów na stadionach i wykrzykiwania podczas narodowych marszy nadają się lepiej.

Tym bardziej, że żołnierzy wyklętych właściwie już nie ma, a powstańcy żyją. A to przeciwstawią się apelowi smoleńskiemu podczas uroczystości, a to napiszą list otwarty, a to powiedzą coś w telewizji, a to okaże się, że mają poglądy inne niż rządząca większość. Mit żołnierzy wyklętych można ukształtować jak się tam rządzącym podoba.

Państwo Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Jarosława Szarka chce tę historię napisać na nowo. Począwszy od chrztu 1050 lat temu, poprzez Powstanie Warszawskie („największą bitwę II wojny światowej, która zdecydowała o losach Europy”, jak to obwieścił minister Obrony; prezydent A. Duda dodał do tego, że bez zrywu powstańców warszawskich nie byłoby wolnej Polski), żołnierzy wyklętych, Jedwabne i Kielce, historię KOR, to, kto stał czele NSZZ „Solidarność” i kto wprowadzał Polskę do NATO, prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, a kończąc na tym, jak przebiegał feralny lot TU-154M o numerze 101 dziesiątego kwietnia 2010 roku.

Przy okazji – zauważyli Państwo, jak bardzo ta nowa historia jest ponura? Ile w niej martyrologii? Ile porażek, przegranych wojen i bitw? Kto, oprócz Wielkopolan, wymieni Powstanie Wielkopolskie wśród wydarzeń najważniejszych? Kto pamięta, kiedy – nie licząc tego Powstania i „cudu nad Wisłą” – ostatnio odnieśliśmy znaczący sukces militarny? Doprowadziliśmy coś do końca? Zapisaliśmy się na kartach historii świata? Chyba nawet wstydzimy się okrągłego stołu, wyborów 4 czerwca i rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Mają rządzący do realizacji tego swojego planu potężne instrumenty. Mają minister edukacji, która zleci napisanie prawomyślnych podstaw programowych i podręczników. Mają TVP Jacka Kurskiego, Radio Barbary Stanisławczyk, Rafała Porzezińskiego i Adama Hlebowicza, a od niedawna Radę Mediów Narodowych. Mają IPN. Sejm i Senat, które uchwalą wszystko, co im się zamarzy, od zmian nazw ulic po ludobójstwo na Wołyniu. Muzea, które można dowolnie łączyć i obsadzać w nich dyrektorskie posady. Swoich ekspertów w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, którzy dofinansują wielkie, prawomyślne historyczne produkcje. I pieniądze w resorcie ministra Glińskiego.

Mają też Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a za chwilę będą jeszcze mieć Polską Fundację Narodową z jej 100 milionami złotych rocznie od spółek Skarbu Państwa. Polityka historyczna będzie bowiem uprawiana również za granicą. Ciągoty ku temu nie są nowe. Siedem lat temu, podczas mojej ostatniej (kilkunastomiesięcznej) bytności w MSZ brałem udział w naradach, na których utyskiwano na brak takiej skutecznej polityki państwa. Chodziło o to, aby dać odpór Niemcom; później dorzucono Rosję.

Związek frazeologiczny składający się z rzeczownika „polityka” i przymiotnika „historyczny” powinien budzić niepokój. Rolą władzy w demokratycznym państwie nie jest stawianie tez historycznych i żądanie od naukowców ich udowodnienia, ani asygnowanie potężnych środków publicznych na lansowanie jednej, wybranej przez urzędników, wersji wydarzeń. Demokratyczne państwo powinno stać na straży swobody badań naukowych, gwarantować, że nikt nie będzie uczonym wtrącał się w tok i efekt ich pracy. Historia – choć pozostawia spore pole do interpretacji zdarzeń – jest nauką bardzo konkretną: zanim fakty zacznie się interpretować, trzeba je precyzyjnie ustalić.

Ci, którzy byli świadkami wielu z wymienionych wyżej wydarzeń, łatwo omamić się nie dadzą. Lecz pamięć się zaciera. Książek nie czytamy, także historycznych. Ile razy trzeba powtórzyć wątpliwą lub fałszywą tezę, aby zasiać niepewność w umysłach ludzi pozbawionych pewności siebie?

Na szczęście – wiele. Trwałe przeoranie pamięci i świadomości to zadanie na lata. Nie sądzę, by Prawu i Sprawiedliwości aż tyle czasu było dane. Pierwsza pęknie bańka smoleńska; nawet podkomisja z inspiracji i powołania A. Macierewicza nie będzie w stanie położyć na stół udokumentowanych dowodów świadczących, że było to coś innego niż katastrofa lotnicza wynikająca z niedbalstwa i nieprzestrzegania procedur. Jakikolwiek nowi rządzący rozprawią się z tym błyskawicznie – choć oczywiście nie przekonają wyznawców smoleńskiej religii i innych wierzących w światowe spiski i zdrady.

Podobnie nie da się wykreować trwałego kultu Lecha Kaczyńskiego. Być może był on prawym i poczciwym człowiekiem (jak twierdzą ci, którzy znali go blisko), ale na pewno nie wybitnym prezydentem; zresztą ani Rzeczypospolitej, ani Warszawy. Gdyby nie Andrzej Duda, byłaby to najsłabsza prezydentura wolnej RP. Nie pomogą tu ani pomniki, ani nazwy ulic i placów, ani krypta na Wawelu. Historia osądzi go sprawiedliwie.

Najgorzej z mitem Powstania Warszawskiego i żołnierzy wyklętych, adresowanym do ludzi młodych. Jest dość prawdopodobne, że nikt nie będzie miał śmiałości, aby zweryfikować opis tej historii. To, co wrosło w kulturę masową, będzie rozwijać się dalej. Asocjacja szlachetnego romantycznego zrywu z obecną prawicą, także skrajną, z nacjonalizmem, szowinizmem i ksenofobią prawdopodobnie okaże się trwała.  W konsekwencji, będziemy mieli coraz to nowe roczniki skłonne głosować na ugrupowania wypychające Polskę z demokratycznego świata.

Ale trzeba spróbować zerwać tę nieuzasadnioną więź historii Powstania z PiS-em, Kukizem, ONR-em, Ruchem Narodowym i „żyletą” na stadionie Legii.

Trzeba też powiedzieć młodym Polkom i Polakom, że archetyp umierającego powstańca / żołnierza wyklętego nie jest jedynym atrakcyjnym wzorcem. Na przykład, że można być  dobrym Europejczykiem, obywatelem świata, przejmować się tym, jak świat jest urządzony, poprawiać go, pomagać innym, być wolontariuszem, dbać o przyszłość planety. Patrzeć do przodu, nie ciągle wstecz. Wzywać do buntu (bo młodość chce się buntować i nie chce godzić się na to, co zastaje), ale buntu w dobrej sprawie. Niech będą nowymi punkami; byle nie nowymi skinheadami.

0

Komentarze

comments

Nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *